|
Po zdawkowym przywitaniu, rozmowa przebiegała w następujący sposób: „Andrzej Andrzejewski? – odp. „Był na pokładzie samolotu”; „Płk Jurek(mowa oczywiście o śp. Jerzym Piłacie) - Był na pokładzie samolotu”; „Darek Maciąg – Był na pokładzie samolotu”; „Zdzichu Cieślik – Był na pokładzie samolotu..”; podobną odpowiedź, usłyszałem jeszcze przy kilku wymienionych wówczas przeze mnie nazwiskach.galeria
Była środa, dżdżysty i wietrzny wieczór 23 stycznia 2008 roku. Krótko po godzinie 19. w Wałczu rozległ się dźwięk syren pojazdów ratunkowych. Ci, którzy je widzieli spostrzegli, że kierują się drogą wiodącą do Szczecina. W pierwszej chwili do głowy mogła przyjść tylko jedna myśl – jadą do kolejnego wypadku, jakie często zdarzają się na tej trasie krajowej. Jak się później okazało, karetki i pojazdy straży pędziły do miejsca katastrofy lotniczej, w której zginęło 20 żołnierzy Sił Powietrznych RP. Każda śmierć, zwłaszcza nagła, jest ciosem przede wszystkim dla rodziny, ale także bliskich znajomych. W przypadku rozbicia się pod Mirosławcem samolotu CASA C - 295M, katastrofa miała szczególny wymiar. Zginęli w niej ludzie, którzy w mniejszym lub większym zakresie związali swoje życie z powiatem wałeckim. Część z nich (w różnym okresie czasu) tu pełniła swoją służbę, miała swoje rodziny, po prostu tutaj żyła. Inni z kolei niejednokrotnie bywali na mirosławieckim lotnisku. W lotnicze życie, niejako „wpisane” jest duże ryzyko. To nie tylko ciężkie i wymagające wielu wyrzeczeń służba i zawód, ale w zdecydowanej większości wręcz pasja i podporządkowanie jej każdego dnia, czynności czy pomysłu. To również wykonywanie wielu najróżniejszych zadań, tych pozornie prostych, ale też naprawdę trudnych, często także niebezpiecznych. W tym wszystkim wręcz niezbędnym są wzajemne zaufanie, koleżeństwo, przyjaźń. Tym bardziej smutne i trudne są właśnie takie dni, jak 23 stycznia 2008 roku, kiedy giną ludzie, znajomi, przyjaciele. Z różnych życiowych okresów i sytuacji, sam znałem osobiście 8 zmarłych tego dnia oficerów. W pierwszej chwili, kiedy zostałem poinformowany o tej katastrofie, próbowałem dodzwonić się do kogokolwiek ze znajomych lotników. Większość wiedziała niewiele więcej, udało mi się jednak dowiedzieć, że tragiczny lot, był powrotem z Konferencji Bezpieczeństwa Lotów SP RP. Informacje telewizyjne podawały tego dnia sprzeczne dane dotyczące ilości pasażerów samolotu, wiedziałem jednak, że na jego pokładzie musieli być przedstawiciele dowództw jednostek, piloci oraz kierownicza kadra techniczna bowiem od zawsze to właśnie ci ludzie uczestniczą w dorocznym podsumowaniu. Wprawdzie dziennikarska ciekawość „gnała” mnie na lotnisko, ale pomny osobistych doświadczeń z wcześniejszych obserwacji takich zdarzeń, nie udałem się na miejsce katastrofy. Kiedy po wielu próbach, udało mi się uzyskać połączenie telefoniczne z jednym z oficerów mirosławieckiego lotniska, po zdawkowym przywitaniu, rozmowa przebiegała w następujący sposób: „Andrzej Andrzejewski? – odp. „Był na pokładzie samolotu”; „Płk Jurek(mowa oczywiście o śp. Jerzym Piłacie) - Był na pokładzie samolotu”; „Darek Maciąg – Był na pokładzie samolotu”; „Zdzichu Cieślik – Był na pokładzie samolotu..”; podobną odpowiedź usłyszałem jeszcze przy kilku wymienionych wówczas przeze mnie nazwiskach. To był długi wieczór. Pisząc niejako „na gorąco” informację, która została zamieszczona w Internecie, popełniłem również pomyłkę. Otóż podczas wspomnianej rozmowy, dowiedziałem się, że na pokładzie CASY był prawdopodobnie dowódca mirosławieckiej eskadry, dlatego wymieniając zmarłych, napisałem, że zginął także ppłk dypl. pil. Irek Łyczek. Następnego dnia rano zorientowałem się, że samolotem nie leciał Irek, tylko zastępujący go major pilot Grzesiu Jułga. Poprawiliśmy szybko tę pomyłkę, a z Irka udało mi się porozmawiać. Wracał pociągiem z obozu kondycyjnego w Zakopanem. Irek ze zrozumieniem przyjął wyjaśnienia i przeprosiny. Pomimo tego, że miałem już akredytację na oficjalne uroczystości pogrzebowe, nie pojechałem do Świdwina. Nie potrafiłem. Nie podejmowałem też żadnych prób kontaktu z rodzinami przyjaciół. W drugiej połowie lutego przez przypadek spotkałem w centrum Wałcza panią Irenę Piłat. Po złożeniu jej kondolencji, rozmawialiśmy dłuższą chwilę, ale nie była to normalna rozmowa. Pani Iwona miała łzy w oczach, a ja tłumiłem w sobie żal, że nie ma już Jerzego, Andrzeja, Darka i innych. Na miejsce tragedii, pojechałem dopiero po kilku miesiącach, w dniu odsłonięcia pomnika. O tym, co mogło się zdarzyć w tamtym miejscu 23 stycznia 2008 roku o godzinie 19. 07 miałem już sporo informacji, uzyskanych podczas wielu prywatnych rozmów. Uczestniczyłem w tej uroczystości, mogłem też wreszcie złożyć kondolencje osobom najbliższym zmarłych. Z szacunku i ze względu na pamięć poległych, bywam tam od czasu do czasu. Zdecydowanie bardziej wolę pamiętać wiele sytuacji i zdarzeń, jakie zetknęły nas wcześniej. 22 stycznia, w przeddzień drugiej rocznicy katastrofy samolotu CASA C – 295M pod pomnikiem ofiar tragedii odbył się uroczysty apel wojskowy. Uczestniczyli w nim między innymi rodziny i najbliżsi poległych, wiceminister ON Czesław Piątas, asystent Szefa Sztabu Generalnego WP gen. broni pil. Lech Majewski, Dowódca Sił Powietrznych RP gen. broni pil. Andrzej Błasik, starostwie powiatów wałeckiego dr Bogdan Wankiewicz, złotowskiego Zenon Jaskólski, świdwińskiego Mirosław Majka, burmistrz Mirosławca Elżbieta Rębecka – Sabak, samorządowcy, licznie przybyłe delegacje jednostek wojskowych, policji, straży pożarnych, instytucji, firm oraz mieszkańców Mirosławca i jego okolic. Po oficjalnym meldunku i odegraniu hymnu państwowego głos zabrał gen. bryg. pil Stefan Rutkowski – dowódca 1 Skrzydła Lotnictwa Taktycznego, który podziękował wszystkim za przybycie. Prowadzący uroczystość mjr Krzysztof Tabisz odczytał nazwiska poległych, oddano salwę honorową, złożono wieńce i wiązanki kwiatów oraz znicze, odprawiono krótką modlitwę w intencji zmarłych. Na zakończenie odegrano utwór „Cisza”. Nazajutrz odbyła się okolicznościowa msza święta poświęcona pamięci poległych. |